Kategorie
Literatura nordycka

Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie – Wiktoria Michałkiewicz

„Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” Wiktorii Michałkiewicz wpisuje się w narrację o Szwecji, którą zapoczątkowały w Polsce reportaże Macieja Zaremby Bielawskiego a w wersji light „Moraliści” Katarzyny Tubylewicz. Po latach zachwytów i naśladowania naszego sąsiada z Północy (Porównaj z: Żyj Lagom. Szwedzka sztuka życia w harmonii – Anna Brones), przychodzi moment refleksji i coraz częściej odzywają się autorzy, którzy sięgają głębiej i zaglądają w miejsca zapomniane lub zaniechane. Wyjątkowa pozycja Szwecji w wyobraźni zbiorowej dawała długo obraz niepełny. Przyzwyczaiło nas to do patrzenia na społeczeństwo szwedzkie przez pryzmat jej sukcesów bez wnikania w ich koszty czy historię ich osiągania. Wiktoria Michałkiewicz jest badaczką, która łączy zacięcie akademickie z doświadczeniami wyniesionymi z życia w Szwecji. To laureatka II edycji konkursu reporterskiego Wydawnictwa Poznańskiego, autorka, której książka znalazła się w finałowej „15” pierwszej edycji konkursu Grand Press – Książka Reporterska Roku 2020. Jest głosem opowiadającym nam o Szwecji, w który warto się wsłuchać.

„Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” Wiktoria Michałkiewicz

NA CZYM OPIERA SIĘ SZWEDZKI NACJONALIZM?

Historycy idei wprawdzie rozpracowali pojęcie nacjonalizmu, ale trzeba by nieco więcej niż 264 stron, żeby odpowiedzieć na pytanie, na czym opiera się szwedzki nacjonalizm. To dlatego, jak słusznie zauważyła dr Natalia Kołaczek „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” Wiktorii Michałkiewicz jest książką pytań bez odpowiedzi. Gdyby autorka chciała nam ich udzielić skończyłoby się na publikacji rozmiarów Encyklopedii Britannica.

Książka, którą czytamy trzyma się w ryzach, które mają nas ukierunkować na pewne fakty, dane i wydarzenia. Autorka z wyczuciem i świetną umiejętnością budowania napięcia, odkrywa kolejne trudne i niechlubne karty w historii naszego sąsiada z Północy. Jest przy tym wyrozumiałą obserwatorką, która z dyplomatycznym zacięciem aż do ostatniego zdania nie stawia kropek nad i i niczego nie podsumowuje stwierdzeniem, które mogłoby wywołanej tą książką dyskusji zamknąć drzwi do dalszych dywagacji.

To autorka świetnie oczytana w bieżącej literaturze. Wie, gdzie szukać mocnych źródeł. Sięga po nie świadomie i potrafi rozdzielić kwestie zbyt zakorzenione lokalnie od tych, które zostaną zrozumiane i dobrze odczytane przez polskiego czytelnika.

Trudno byłoby jednoznacznie powiedzieć, na czym opiera się szwedzki nacjonalizm. Tę trudność dobrze wyjaśnia jeden z bohaterów reportażu Macieja Czarneckiego „Skandynawia halal. Islam w krainie białych nocy” na przykładzie norweskiego nacjonalizmu. Norwegia podobnie jak Szwecja długo była krajem homogenicznym. Norweski poeta z epoki romantyzmu Henrik Wergeland był nacjonalistą, marzył o budowie „kraju wolnych ludzi”, walcząc jednocześnie o wpuszczenie do Norwegii Żydów, bo był przekonany, że staną się częścią narodu.

„Jego nacjonalizm nie był oparty na rasie, pochodzeniu etnicznym, języku, tylko na wartościach. Śnił o stworzeniu „królestwa wolności”

– jak czytamy w książce.

A jak jest ze Szwecją?

W przypadku Szwecji sprawa się nieco bardziej komplikuje. I myślę, że dlatego Wiktoria Michałkiewicz podrzuca nam historie zachęcając do samodzielnych przemyśleń niczego nie komentując. Zastanawiając się nad źródłami szwedzkiego nacjonalizmu byłabym jednak skłonna, do listy z długą historią rasizmu, dopisać jeszcze kilka kwestii, które chociażby zdawkowo powinny się tu znaleźć.

CZEGO ZABRAKŁO W „KRAJU NIE DLA WSZYSTKICH. O SZWEDZKIM NACJONALIZMIE”?

Na przykład tego jak rząd szwedzki dba za wszelką cenę o krajową gospodarkę, w czym mieściła się pozorowana neutralność Szwedów w czasie drugiej wojny światowej, wyrachowana ekonomia zamówień wojennych dla Niemców, którzy gdyby nie dostawy m.in. szwedzkiej rudy żelaza nie byliby w stanie kontynuować wojny. „Szwedzi dopiero jesienią 1944 zerwali kontakty handlowe z Niemcami” – o czym Wiktoria Michałkiewicz wspomina moim zdaniem zbyt zdawkowo. W tym temacie warto sięgnąć po reportaż Görana Rosenberga Krótki przystanek w drodze z Auschwitz.

Wydaje mi się, że w niektórych przypadkach pewne informacje budują napięcie, które wypadałoby jednak rozładować komentarzem. Są też miejsca, gdzie rozwlekły wstęp nieco odciąga od meritum. Dla przykładu, nie wiem, jakie i jak daleko posunięte wnioski mam prawo wyciągać z opisanego faktu, że we wrześniu 1939 w sztokholmskiej bibliotece 67 osób znajdowało się na liście oczekujących na wypożyczenie „Mein Kampf” Adolfa Hitlera. Nie wiem jakie ta książka wzbudzała zainteresowanie, bo nie wiem, ile osób ustawiało się w kolejce do innych książek. Przy czym od wyłapania takich rzeczy jest redaktor, który poza tym zrobił tu świetną robotę. Wielki plus dla autorki za przedstawienie sylwetki np. Very – ikony nazistowskiego ruchu w Szwecji i od 1975 jedynej kobiety liderki ruchu nazistowskiego. Ale to właśnie przykład braku dyscypliny w opowiadaniu. Brak komentarza, czy krytycznego ujęcia odbieram miejscami za drobną słabość tej książki. Dla przykładu, Wiktoria Michałkiewicz wspomina, że dopiero w 1944 zaczęto wydawać paszporty ochronne dla Żydów węgierskich, pomijając fakt, że Raoul Wallenberg dużo wcześniej informował rząd i rodzinę królewską o praktykach nazistów. Ryzykując zatrudniał Żydów w ambasadzie szwedzkiej w Budapeszcie, pomagając na dużo większą skalę niż to później zrobił Szwedzki Czerwony Krzyż pod kierownictwem hrabiego Folkego Bernadotte w ramach akcji Białych Autobusów. Zacznijmy jednak od początku.

Jakkolwiek mam świadomość, że w jednej książce nie da się wyczerpać tematu, to brak odniesień do innych źródeł może skłonić czytelników do wyciągnięcia pochopnych wniosków, że źródłem szwedzkiego nacjonalizmu jest wyłącznie rasizm.

Można było w „Kraju nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” chociaż wspomnieć o pozycji Szwecji wśród państw oferujących broń na sprzedaż a zaangażowaniem w działalność pokojową i humanitarną. Choćby drobny komentarz odnośnie skali szwedzkiego handlu bronią, ze wskazaniem rynków, do których ona dociera zrobiłby robotę. Na stronie SAAB można przeczytać, że założona w 1937 szwedzka firma pomimo pandemii COVID-19 sprostała zamówieniom na rosnącym rynku potrzeb. Co brzmi ładnie, dynamicznie i nowocześnie, o ile człowiek sobie nie uświadomi, że mówimy o zbycie m.in. produktów służących zabijaniu. A moim skromnym zdaniem w szwedzkim nacjonalizmie jest więcej ekonomicznego wyrachowania niż podtekstów czysto rasowych.

Przyjrzyjmy się na przykład mitom, jakie krążą wokół Szwecji, w tym mitowi Szwecji proekologicznej, którego współczesną ikoną jest Greta Thunberg. Oczywiście Szwecja jest pod wieloma względami liderem innowacyjnych zielonych rozwiązań. I bez dwóch zdań jest wzorem do naśladowania, z pewnością w zakresie edukacji proekologicznej robi wielką rzecz. Ale ma też trupy w szafie. Ten sam kraj potrafił eksportować toksyczne odpady do biednych krajów. Tak zrobiła np. szwedzka firma Boliden, pozbywając się ok. 20 000 ton toksycznych odpadów kupując w latach 80. od biednego Chile ich utylizację, do której nigdy nie doszło. Dzisiaj kolejne pokolenia Chilijczyków płacą za to utratą zdrowia. Nie płacą swoim zdrowiem Szwedzi, co z pewnością chroni interesy społeczeństwa szwedzkiego.

W tej chwili, gdy piszę ten tekst szwedzcy Saamowie walczą z pustoszącą północną Szwecję wycinką drzew, która zmienia hektary ziemi w monokulturę, na której trudno utrzymać stada reniferów. Wszystko dla zarobku ze sprzedaży drewna. Zilustrował to niedawno na swoich łamach The Guardian. A Saamowie przygotowali petycję w tej sprawie, pod którą można się cały czas podpisywać: tutaj. Z jednej strony Szwedzi walczą z wycinką lasów w Brazylii, z drugiej prowadzą wycinkę u siebie. Bo to służy finansom kraju, więc interes mniejszości etnicznych i tematy klimatyczne idą w odstawkę. I jestem przekonana, że nie chodzi tu o kwestie rasowe, a jedynie o względy ekonomiczne. Podobnie jak dla zysku postanowiono przenieść Kirunę w inne miejsce, żeby móc eksplorować w dalszym ciągu ziemię z naturalnych złóż. Chociaż sąsiedztwo kopalni na północy Szwecji jest tematem nieustannych dyskusji żyjących tam Saamów, których jakość życia z tego powodu cierpi.

Z punktu widzenia szwedzkiego nacjonalizmu migracja zarobkowa jest w porządku o ile wypełnia lukę na szwedzkim rynku pracy. Mile widziani są imigranci w sektorach, w których nie chcą pracować Szwedzi (Porównaj z: Czy Szwecja to kraj dla imigrantów?). W powojennej polityce migracyjnej Szwedzi wprowadzili zasadę, dzięki której obcokrajowiec mógł się ubiegać jedynie o tę pracę, do wykonania której naprawdę nie było ochotników w rejestrach urzędu pracy. Stąd imigrantów jest tak wielu np. w usługach, gastronomii, w pracach w systemie zmianowym, na przykład domach późnej starości. Poruszając kwestie szwedzkiego rynku pracy Wiktoria Michałkiewicz bardzo sprawnie odrobiła tę lekcję, ale jedynie w temacie rasizmu.

Kwestia szwedzkiego nacjonalizmu jest złożona, ma długą historię i przejawia się zarówno w polityce międzynarodowej, jak i krajowej. Wiktoria Michałkiewicz w „Kraju nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie”, wprawdzie nie wyczerpuje wszystkich aspektów, ale bardzo dobrze naświetliła ich część i mam ogromną nadzieję, że pójdzie tym tropem rozszerzając swoje poszukiwania badawcze.

BARDZO DOBRY REPORTAŻ HISTORYCZNY

Pierwsza część „Kraju nie dla wszystkich. O Szwedzkim nacjonalizmie” to reportaż historyczny, który jest bardzo solidnym streszczeniem zwłaszcza książki „Käraste Herman. Rasbiologen Herman Lundborgs gåta”. Jej autorka Maja Hagerman przedstawia tam sylwetkę ojca szwedzkiego rasizmu pokazując jego ścieżkę zawodową, zastanawiając się jak u ambitnego badacza doszło do fascynacji kwestiami rasowymi, skąd sukces tych teorii w Szwecji. Pokazała też bardzo szczegółowo warsztat pracy młodego naukowca i jego antropologiczne ekspedycje do Laponii. Dopełnieniem obrazu jest pozamałżeński związek Lunborga z Marią Isaakson „przedstawicielką rasy wschodniobałtyckiej z domieszką lapską”, z którą miał syna Allana, a zwłaszcza losy tej nielegalnej „rodziny”, ulokowanej przez naukowca w jego uppsalskim biurze na Drotninggatan 3. Oficjalnie Maria pracowała tam jako sprzątaczka.

Szwecja była nie tylko jednym z pionierów badań nad rasą, ale też jako pierwsza na świecie zinstytucjonalizowała je. 13 maja 1921 przedstawiciele wszystkich partii politycznych zagłosowali za utworzeniem pierwszego na świecie państwowego Instytutu Biologii Rasy, który dopiero w 1958 został przekształcony w Instytut Genetyki Medycznej. Maria Hagerman, a za nią Wiktoria Michałkiewicz podkreślają, że teorie rasowe pozytywnie rezonowały w Szwecji. Sponsorem wielu instytutowych publikacji takich jak: „Biologia i higiena rasy”, „Niebezpieczeństwo degeneracji”, „O biologii rasy i badaniu pokrewieństwa” czy „Opis człowieka z perspektywy biologii rasy” była szwedzka rodzina królewska. Dwa lata po ufundowaniu Instytutu ten sam postępowy „Arbetaren”, w którym jakiś czas później pracowała Elise Ottesen-Jensen „Ottar” czy Stig Dagerman (Niemiecka jesień) napisze bezkrytycznie, że „sterylizacja jest rekomendowana przez biologów rasy”.

Szwedzkim teoriom rasowym przyglądali się ojcowie niemieckiego rasizmu. Z wizytą studyjną przyjechał do Szwecji sam Hans Günther czołowy badacz rasy w nazistowskich Niemczech. A szef SS Heinrich Himmler w liście przesłanym w styczniu 1932 do Instytutu stawia Hermana Lundborga w jednym rzędzie z „najlepszymi naukowcami i świadomymi rasowo osobistościami całej Europy”. Pokłosiem pracy Lundborga była nagłośniona przez Macieja Zarembę Bielawskiego (Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji) ustawa o sterylizacji z 1934, która obowiązywała aż do 1975. Na jej podstawie osoby nierokujące rasowo i problematyczne społecznie były przymusowo sterylizowane. Pewnie kojarzycie Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął Jonasa Jonassona. To właśnie on padł ofiarą ustawy o sterylizacji, gdy uznano, że jest niebezpieczny społecznie.

Gdy czytałam „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” zastanawiałam się jak można by książkę o Lundborgu zaprezentować polskim czytelnikom i czytelniczkom i Wiktoria Michałkiewicz zrobiła to w wyśmienitym stylu. Streszcza 404 strony wybierając najciekawsze fragmenty i umiejętnie żonglując przyciągającymi uwagę informacjami. Mam też wrażenie, że książka Hagerman stanowi kręgosłup „Kraju nie dla wszystkich. O Szwedzkim nacjonalizmie” i jest punktem wyjścia dla rozwiniętych tutaj kwestii.

SZWEDZI, SZWEDZI ÜBER ALLES

W „Kraju nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” pojawią się też informacje o zbiorach Retziusa – największej szwedzkiej prywatnej kolekcji ludzkich szczątków, która stała się dla badacza podstawą do sformułowania tzw. typu nordyckiego: wysokich osób o potężnej budowie ciała, blond włosach i jasnych oczach, ale też określiła cechy Saamów – „aborygenów Północy”. W „Antropologia Suecia” Retzius opublikował wyniki badań na 45 688 dwudziestojednoletnich szwedzkich poborowych, konkludując z pomiaru ich czaszek, że „Szwecja jest krajem uprzywilejowanym pod względem rasowym”. Saamowie fotografowani, opisywani i mierzeni zostali później skatalogowani przez Hermana Lundborga zapatrzonego ślepo w Retziusa. Efektem badań było dopatrzenie się u Saamów cech świadczących o ich niższości rasowej, co potem posłużyło kolejnym wnioskom o zagrożeniach płynących z mieszkania się ras. Gustaf Retzius nie tylko przyciągał swoją naukową charyzmą. Był też aktywnym publicystą i udzielał się często na łamach istniejącej zresztą do dzisiaj „Aftonbladet”, ufundowanej i założonej przez rodzinę jego żony Anny Hierty.

SZWECJA ROBI PORZĄDKI W MIASTACH

Wnioski, że narzędzia pracy ojca szwedzkiego rasizmu, dążenie do standaryzacji na trwałe zapuściły korzenie w świadomości szwedzkiej przenikając do innych stref życia jest warte powtórzenia za Hagerman i nie dziwię się, że ten element wykorzystuje też Wiktoria Michałkiewicz w swojej książce.

Te akapity książki powinny szczególnie zainteresować fanów Magdaleny Milert (Blog, Instagram, Facebook). Wszyscy lubimy bajki z happy endem, a historia mieszkalnictwa w Szwecji to bajka o brzydkiej żabie, która przeobraziła się w pięknego księcia. „Standard mieszkaniowy w Szwecji na początku XX w. był najgorszy w Europie” – pisze Wiktoria Michałkiewicz. Życie w XIX – wiecznej Szwecji przypominało najchlubniejsze okazy znane z polskiej patodeweloperki; „większość rodzin robotniczych ściskała się w niewielkiej klitce bez dostępu do światła słonecznego” – czytamy i czujemy się prawie jak na współczesnym polskim osiedlu słuchając o ciasnych i ciemnych kuchniach. Te stały się wkrótce przedmiotem intensywnych badań. W latach 1943 – 1944 architekt Sten Lindgren prowadzi badania nad optymalizacją przestrzeni kuchennej. Temat ten wykorzysta w 2003 norweski reżyser Bent Hamer w komedii „Historie kuchenne”. Pokazuje ciąg dalszy szwedzkiego eksperymentu, który skupiał się na analizie nawyków kuchennych gospodyń domowych. W jego filmie czas na zbadanie nawyków kuchennych kawalerów. Polecam bardzo „Historie kuchenne”.

Budowniczy ówczesnej Szwecji stawiają na nowoczesne planowanie miast. Tak powstają nowe dzielnice, których atutem są słoneczne mieszkania, przestrzeń i ład. „Czysty, jasny, praktyczny, funkcjonalny i wygodny – taki miał być folkhemmet” – Dom Ludu – projekt nowej egalitarnej Szwecji. Lata 60. XX wieku to okres intensywnych wyburzeń starych domów i kamienic. Domyślnie czas likwidacji brudu i biedy. Wyburzeń nie powstrzymują protesty historyków architektury świadomych, że nieodwracalnie zniknie niestety też dawna tkanka miejska. Chwilę potem socjaldemokraci planują wydawać by się mogło niemożliwy w realizacji program budowy miliona mieszkań w ciągu dekady. Tak powstają dzielnice niewiele różniące się od PRL-owskich wielkich blokowisk, które dzisiaj w opinii niektórych prawicowych komentatorów na ogół uchodzą za „strefy szariatu”, „stracone miasta” i tzw. no-go zone. Gdy przewodniczący Szwedzkich Demokratów (SD), jawnie antyimigranckiej partii grzmi w szwedzkim publicznym radio, że „czas wyburzyć społecznie zagrożone dzielnice”, to jest to wyraz czegoś więcej niż nostalgii za ładem w gospodarce przestrzennej.

I to jego, delikatnie naszkicowana sylwetka posłuży Wiktorii Michałkiewicz do wprowadzenia „do akcji” w domyśle tytułowych nacjonalistów. Uważam, że to dobrze wykorzystany motyw przewodni, który posłuży też do oddania w reportażu nastrojów społecznych. Pozwala nam zakotwiczyć się we współczesności i dowiedzieć się czegoś nowego o obecnej sytuacji Szwecji. Ale przywoływana tak chętnie w tekstach o skrajnej prawicy SD nie jest jedynym graczem na szwedzkiej arenie politycznej, który domaga się ukrócenia imigracji. I to jest kolejne drobne zastrzeżenie do tej książki, która pod tym względem spłyca poruszone watki migracji, sprawiając wrażenie, jakoby we współczesnej polityce retorykę nacjonalistyczną uprawiała jedna partia.

Niemniej jednak historia SD, zmiana języka partii, wykorzystanie symboli narodowych, balansowanie na emocjach społecznych i wreszcie odwoływanie się do symbolu Domu Ludu, to duża zaleta tej książki, pozwalająca przyjrzeć się rosnącemu populizmowi made by Sweden.

Ogromnie cieszę się, że wśród polskich badaczek znalazła się skandynawistka z tak dobrym piórem. Pomimo kilku drobnych uwag do „Kraju nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” dopisuję Wiktorię Michałkiewicz do listy gorących nazwisk wartych uwagi.

Recenzja „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” Wiktoria Michałkiewicz. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020.

Źródła:

  1. Rozmowa z Agnieszką Jankowiak-Maik – Book Targ,
  2. Instytutksiazki.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dane podane w formularzu będą przetwarzane zgodnie z polityką prywatności.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.