„Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym” Maciej Czarnecki

Reportaż „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym” Macieja Czarneckiego (ur. 1981) tuż po wydaniu stał się jedną z najbardziej dyskutowanych książek o Północy. Gorący temat odbierania dzieci przez norweską opiekę społeczną, który zatrząsł mediami, świetnie wpasował się w dyskusję o skandynawskim raju. Raju, którego fundamenty oparte na wyobrażeniach o sprawiedliwości społecznej, przyjaznym państwie i najlepszym miejscu do życia, nagle zaczęły się chwiać.

Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym - Maciej Czarnecki
Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym – Maciej Czarnecki

Do 2016 – roku premiery książki, niewiele wiedzieliśmy o współczesnej Norwegii. Przełomem, który zapoczątkował nową epokę w opowiadaniu nam o sąsiedzie z Północy była monumentalna publikacja Ośrodka KARTA. „Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu” (Rozdział: I, II, III, IV, V, VI) i „Hen” (Część: I, II, III) Ilony Wiśniewskiej, która swoją poprzednią książką o Spitsbergenie rozbudziła apetyt na tę część świata. Wkrótce po tym dołączają kolejne obszerne omówienia, z głośnym „Najlepszym krajem na świecie” Niny Witoszek.

DZIENNIKARSKA SZKOŁA ŻYCIA

Autor reportażu „Dzieci Norwegii. O Państwie (nad)opiekuńczym” od premiery książki przyciągał festiwalowe tłumy. Temat naprawdę był aktualny. Co więcej dotykał na zauważalną skalę Polaków przebywających w Norwegii. A Maciej Czarnecki miał wszystkie przymioty człowieka, który wie, jak hipnotyzować widownię.

Wyglądał na człowieka, który żył swoim tekstem. Stworzył publikację, która naprawdę wpisała się na dobrym poziomie w dyskusję o współczesnej Norwegii. Było widać, że zabierając się do jej napisania miał za sobą twardą dziennikarską szkołę życia. Pisał od dawna dla działu zagranicznego „Gazety Wyborczej”, miał na koncie publikacje na łamach „Dużego Formatu” czy „Magazynu Świątecznego”, ale też w miejscach nieco lżejszego kalibru, jak „Wysokie Obcasy”. Ale miał też za sobą pierwsze skandynawskie doświadczenia. W 2013 roku na łamach „Gazety Wyborczej” opublikował reportaż o duńskim gangsterze, który zaczął pomagać chuliganom z kopenhaskich ulic.

ŚWIETNY TIMING REPORTAŻU

Wszystko pomogło w popularności tego reportażu. Lepszego timingu nie można było sobie wyobrazić. Informacja o wydaleniu z Norwegii polskiego konsula Sławomira Kowalskiego, który pomagał polskim rodzinom w perturbacjach z Barnevernetem, dało książce Czarneckiego drugie życie. Wydaje mi się, że to, co tu mocno zapunktowało, to również wykształcenie Macieja Czarneckiego. Skończył prawo i antropologię kulturową na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Czytając „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym” docenia się precyzję, z jaką rozgryza temat, szukając luk i niuansów. Ale docenia się też uczciwość dochodzeniową, która przekłada się na szukanie sposobu, żeby możliwie wszechstronnie naświetlić problem. Łącznie z wyjaśnieniem wątku Krzysztofa Rutkowskiego, który swoimi akcjami w Norwegii zasłużył na przydomek „polskiego Rambo”. Ten reportaż to doskonały dowód na szukanie prawdy, a nie sensacji. Maciej Czarnecki dobiera się do tematu, jak myśliwy, który podchodzi płochliwą zwierzynę. Jest wytrenowany w długich podchodach, nie zrażają go odmowy, więc, gdy urzędnicy zamieniają się dyplomatyczne posągi, łamie ich niewinnymi zwrotami. To z pewnością człowiek, który złamałby niedostępnego bohatera z „Dwunaste. Nie myśl, że uciekniesz” Filipa Springera. Ale Czarnecki to też ostrożny gracz, który nie pozwoliłby sobie na porażkę, tylko dlatego, że nie sprawdził jakiegoś źródła, nie zadał jakiegoś pytania. Słusznie Maciej Zaremba Bielawski mówi o „koronkowej” dziennikarskiej pracy.

Opisując mechanizmy pracy norweskiej opieki społecznej Maciej Czarnecki opowiada nam też dodatkowo o zderzeniu kulturowym: „Norweskie państwo opiekuńcze zapewnia obywatelom i rodzinom szeroką pomoc: długie urlopy wychowawcze, hojne zasiłki, doradztwo, ale też szybko wkracza, gdy coś jest nie tak. Państwo polskie daje mniej, ale i wymaga niewiele” – pisze Czarnecki i dodaje za sondażem TNS OBOP z 2014, że „W Norwegii za przemoc uznaje się nawet klaps czy pociągnięcie za ucho. W Polsce co trzeci obywatel uważa, że > > lanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło<<”. Dalej wyjaśnia, że „autonomia dziecka to dla Norwegów świętość. Już siedmiolatek ma prawo wypowiadać się w sprawach, które go dotyczą, a sądy powinny brać pod uwagę jego opinię”. Bezbronność i nieporadność Polaków, którzy nie potrafią poruszać się po obcej im Norwegii staje się szybko kolejnym atutem reportażu. Książka wychwyca niektóre subtelności, które podkreślają różnice kulturowe. Dzieli nas coś więcej od klimatu. Jedna z bohaterek radzi innej „nie bij dzieciaków, uważaj, gdy podnosisz głos, a jak robisz grill w ogródku, to tylko do dwudziestej drugiej, bo jeszcze sąsiad zadzwoni z donosem”.

Dobrze też zaczynamy dostrzegać, że najtrudniej zrozumieć wymagania Barnevernetu tym spośród 90 000 polskich imigrantów, którzy nie przyswoili sobie zasad współczesnej pedagogiki. Czarnecki sprawnie opisuje swoich bohaterów, pozwalając im, tam gdzie to niezbędne, przemówić własnym głosem. Przemawia statystyczny Polak, którego poznajemy w cytowanych tu badaniach socjologa Jona Horgena Friberga, z których wynika, że przebywający w Norwegii Polacy, to na ogół absolwenci zawodówki lub techników (62%) w wieku ok. 36 lat. Większość mężczyzn to „hydraulicy, elektrycy, spawacze, stolarze, ogrodnicy” a większość kobiet „sprząta domy, hotele i restauracje” (76%).

NAGRODA DLA „DZIECI NORWEGII. O PAŃSTWIE (NAD)OPIEKUŃCZYM

Słusznie „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym” zdobyło Nagrodę Mediatory 2017 w kategorii Obserwator. Bo książka Macieja Czerneckiego pozwala przyjrzeć się państwu norweskiemu i Polakom. Nie pozwala jednak na zbyt głęboką refleksję. I tu przechodzimy do słabości tego – bądź co bądź – dobrego reportażu.

„Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym” mają za mało bohaterów kolizji na linii z państwem norweskim, więc książka nie ma tak bogatego spektrum jak to pokazała Ewa Winnicka w „Angolach”. Zbyt małą liczbę historii autor wypełnia próbami socjologiczno-antropologicznymi. Nie ma jednak tej wprawy do refleksji, jaka przychodzi po latach studiów danego tematu. Tropy literackie, którymi przeszedł się po państwie norweskim to: książka Åsny Seierstad „Jeden z nas. Opowieść o Norwegii”, „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych” Michaela Bootha i rozmowa z Niną Witoszek, którą chwilę potem wyda Czarne i trochę klasyki.

CIEKAWOSTKI NIE POGŁĘBIAJĄ TEMATU

I gdy przychodzi do dygresji, które miały pomóc tej książce budując merytoryczne tło, w efekcie składają się na jej słabość. Jest tu wiele nośnych, błyskotliwych i dających się łatwo zapamiętać wtrętów. Wypowiedź prezydenta Czech Miloša Zemana, który przekonywał, że Norwegia to z gruntu chory „nazistowski” system. Jest przykład dwóch seriali, które ukazały się w norweskiej telewizji: „Walka o byt” o zderzeniu bogatych mieszkańców Oslo z polskimi gastarbeiterami i „Ludzie z baraków” urodzonej w Polsce Hanny Seferowicz, o Polakach z osiedla baraków i larum, jakie podniosło się w Internetach wśród polskiej imigracji oburzonej wizerunkiem Polaka: przemytnika i oszusta.

Jest tu opowieść o statystycznym Norwegu, który dzięki państwowemu funduszowi inwestycyjnemu, rodzi się z symbolicznym milionem na koncie. Jest aluzja do norweskiego work-life balance, który w całej Skandynawii przejawia się tym, że na minutę przed końcem pracy nasi koledzy z Północy są już w pasach startowych gotowi do powrotu do domu. Przeczytamy ciekawostkę o norweskim nobliście Bjørnstjerne Bjørnsonie, chociaż w potężnej pigułce „zakładał uniwersytety ludowe w imię powszechnego dostępu do oświaty, popierał emancypację kobiet i narodów”. Będzie krótki wtręt o Fridtjofie Nansenie wyjaśniający pojęcie m.in. „paszportów nansenowskich”, o otwarciu parku Vigelanda przez quislingowskich dygnitarzy, o przymusowych sterylizacjach przeprowadzanych przez państwo norweskie do lat 70. XX wieku na podstawie ustawy z 1934. Dowiemy się o proekologicznych nowinkach norweskich i o zakusach zamknięcia centrum Oslo dla ruchu samochodowego. Poznamy różnice w stylu życia, m.in. norweskie zamiłowanie do spędzania czasu na świeżym powietrzu –  friluftsliv. Maciej Czarnecki z pewnością przebiegając się po tym, co typowe dla Norwegii, próbuje zrozumieć, skąd te napięcia pomiędzy Barnevernetem a polskimi rodzinami.

MACIEJ CZARNECKI – MISTRZ KRÓTKIEJ FORMY

Próby oddania w pigułce historycznych zaszłości Norwegii, zupełnie tutaj nie działają i to najsłabsze wtręty w całości. Dobrze w tym miejscu zrobiłoby autorowi uważne przeczytanie „Drogi na Północ. Antologii norweskiej literatury faktu”; może wówczas nieco lepiej zrozumiałby pewne mechanizmy. To autor, któremu z łatwością przychodzi działanie w skali mikro: lepiej wypada z próbą przedstawienia w pigułce historii norweskiej opieki społecznej, od „korzeni norweskich instytucji opieki nad dziećmi sięgającymi 1896, gdy parlament uchwalił ustawę o odbieraniu dzieci patologicznym rodzinom”, aż do obecnej ustawy o Barnevernecie z 1992. Słusznie wspomniał Gunnara i Alvę Myrdalów, którzy w latach trzydziestych przekonywali Skandynawów, „że ludziom >> niepełnowartościowym społecznie<< należy odbierać dzieci, a ich samych sterylizować”.

To raczej sterylny reportaż. Oszczędny w formie i języku. Norwegia w pigułce, dla tych, którzy nie mają czasu na konsumowanie Witoszek, Seierstad, Wiśniewskiej i Bootha w całości. Wydaje mi się, że Maciej Czarnecki to jednak spec od krótkiego reportażu, a nie książek reportażowych. Bo tekst otwierający i dwa teksty zamykające książkę to prawdziwe majstersztyki. Z pewnością świadomie w tej kolejności zamieszczone w książce, którą mimo wszystko bardzo, bardzo polecam.

Recenzja: „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym” Maciej Czarnecki. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016. Opieka redakcyjna: Konrad Nowacki. Redakcja: Tomasz Zając. Wydanie I. ISBN 978-83-8049-373-5. Stron:237.