Archiwum kategorii: Podróże na Północ

Podróże na Północ, czyli do krajów nordyckich / krajów skandynawskich

Bullerbyn istnieje naprawdę

Każdy nosi w sobie jakieś Bullerbyn. Moje było marzeniem z dzieciństwa, które nawarstwiało się kolejnymi wyobrażeniami. Rosło we mnie przez całe życie. Gdy o czymś marzysz tak długo, podróż w to miejsce staje się celem. Zanim podniosłam dłoń, żeby ochronić wzrok przed słońcem i nastawiłam obiektyw celując w szyld z napisem Bullerbyn, musiało się wydarzyć kilka ważnych, chociaż nieplanowanych rzeczy. Bez nich nie wsiadłabym pewnego lipcowego ranka na rower, żeby przejechać ostatnie jedenaście kilometrów dzielących mnie od spełnienia marzenia z dzieciństwa.

Bullerbyn Sevedstorp Szwecja Szkice Nordyckie blog

Bullerbyn – Sevedstorp – Szwecja

Droga do Bullerbyn zajęła mi szmat czasu. Opowiadałam Wam, że przeprowadziłam się za pracą do Łodzi, gdzie pewnego dnia poszłam na slajdowisko o Norwegii, tam dowiedziałam się o Workaway. Tym zbiegiem okoliczności wyjechałam na wolontariat do Szwecji i zamieszkałam w gospodarstwie, które odwiedziła Astrid Lindgren, podczas zdjęć do Emila z Lönneberg. W ostatni dzień pobytu moi gospodarze dali mi wolne. Mieszkałam kilka kilometrów od Bullerbyn, kilka razy przejeżdżałam koło skrętu do Pelarne jadąc do Vimmerby. Musiałam tam w końcu pojechać.

Tego dnia było ciepło. A słońce buchnęło światłem nagle, jakby ktoś gwałtownie odsłonił na niebie zasłony. Katja, Lotta i Jonas byli w pracy, Micha gdzieś pojechał. Został mi rower. W szopie stało kilka, ale do jazdy nadawał się tylko jeden. Problem w tym, że nie znałam kodu do zamknięcia, a przecież gdzieś w Bullerbyn muszę zaparkować. Trudno, machnęłam ręką. I gdy już prawie zjechałam z trawnika na szutrową drogę, nagle usłyszałam chrząknięcie. Takie, jakie zazwyczaj wyrywa się człowiekowi, gdy jest wzruszony lub zakłopotany. Niemka, która wynajmowała jeden z domków stała na werandzie i nieśmiało, właśnie takim łamiącym się głosem, oznajmiła:

– Przepraszam, ale to jest nasz rower.
O Boże! Zwinęłam się ze wstydu jak w kreskówce Disneya.

Wsiadłam na jedyny, w miarę na chodzie rower. Nie do końca było pewne czy dojadę, bo na dwa okrążenia koła, miał jeden przejazd pusty i naprawdę bałam się, że urwę łańcuch i zamiast w Bullerbyn wyląduję gdzieś w totalnej småländzkiej czarnej dziurze.

Muszę niniejszym wyjaśnić, że zanim dotrze się do bezkresnych, gęstych småländzkich lasów trzeba pokonać nowoczesną, bardzo uczęszczaną småländzką drogę szybkiego ruchu, po której kursują: TIR-y, autobusy i Szwedzi, którzy nie spodziewają się na tym odcinku Polki na nieco rozklekotanym rowerze z jedną działającą przerzutką. Dopiero, gdy skręciłam, w stronę powieściowej „Wielkiej Wsi” – Pelarne poczułam się jak w drodze do Bullerbyn. Wiedziałam, że ojciec Astrid – Samuel August Ericsson urodził się w Hamphorva, wiosce położonej kilometr od Sevedstorp. Gdy miał 7 lat jego rodzina przeniosła się do „Mellangården”, Zagrody Środkowej, gdzie mieszkała przez kolejne 10 lat, zanim przeprowadziła się do Näs w Vimmerby. Samuel August przejął Näs po swoim ojcu i to tam w 1907 urodziła się Astrid. Gdy więc Lasse Hallström szukał planów filmowych, naturalnym stało się, że malownicze Sevedstorp, o którym myślała Astrid pisząc „Dzieci z Bullerbyn”, zagrało w filmie. Dwa lata 1986-1987 nadały wiosce zupełnie inny rytm. Dzieci, które chodziły do szkoły w Pelarne statystowały w filmie, podobnie jak dorośli z okolicznych domów. Można powiedzieć, że prawdziwa Szwecja zagrała Szwecję z dziecięcych marzeń. A syndrom Bullerbyn zaczął zataczać coraz szersze kręgi.

Gdy zmierzasz do celu marzeń nic po drodze nie jest cię w stanie zniechęcić. Żadne przewyższenie. Ani ból w nogach, ani chmura kurzu, w której zostawiają cię mijające samochody. Gdy jedziesz ze świadomością, że mijasz ostatnie metry do celu marzeń, ciśniesz z siłą, jakiej nie raz brakowało ci, żeby zmierzyć się z przeciwnościami dnia codziennego. Zależało mi, żeby zarejestrować każdy fragment mijanego krajobrazu. Jak Japończyk na objazdówce kadrowałam horyzont. Otoczone gęstym murem zieleni Jezioro Ciche z drobnymi zmarszczkami o barwie nieba. Las, do którego mieszkańcy Bullerbyn jeździli po drzewka bożonarodzeniowe. Jest taka dyscyplina sportowa, gdzie wykonuje się różne akrobacje z długą taśmą na cienkim patyczku. Droga do Bullerbyn wygląda, jakby ktoś takiej osobie pozwolił ją wytoczyć ruchem tej taśmy.

Nie wiedziałam, czy poznam domki z Bullerbyn. Ale jak można nie poznać miejsca, w którym bawili się Lasse i Bosse? I wtedy je zobaczyłam. Poczułam jak hamuję butami o asfalt. Stałam wysoko nad doliną i robiłam w pamięci jej zdjęcie panoramiczne. Szłam powoli ścieżką prowadzącą do trzech Zagród. I nieważne, że były wypielęgnowane z równo wysianym trawnikiem. Nieważne, że otaczał je biały płot, który nie pozwalał podejść bliżej. Nieważne, że jeden domek ktoś przemalował na jasny kolor. Nieważne, że dzisiaj naprzeciwko stały zaparkowane nowoczesne rolnicze maszyny. Nic nie było w stanie wprowadzić ani nuty rozczarowania. Spacerowałam i dawałam pamięci długi czas naświetlenia. Chciałam zabrać w drogę powrotną wyraźne wspomnienia. Wspomnienia kochanego Bullerbyn, do którego wreszcie dotarłam.

Pisząc teraz o tym przypomniały mi się słowa Roberta Gryna, polskiego przedsiębiorcy, najmłodszego Polaka, który trafił na listę najbogatszych ludzi świata magazynu „Forbes”. Powiedział, że to droga, którą idziemy jest najważniejsza. Ważniejsza od celu, który sobie stawiamy. I że całe nasze życie jest tą drogą. Podobnie było z moją drogą do Bullerbyn: skandynawistyka, studia w Szwecji, nauka szwedzkiego i nieustanne podróże na Północ, literackie i te prawdziwe. Gdy stoi się na symbolicznym szczycie marzeń bywa, że jest się tak wyczerpanym drogą, że radość z dojścia do końca człowiek musi sobie racjonalizować. Czas spędzony na szczycie zdobytej góry odmierza się w minutach, nie w godzinach. Nikt po wejściu na Everest nie zostaje na nim do końca życia. Każdego himalaistę po zdobyciu góry czeka jeszcze droga powrotna. A potem przygotowania do realizacji kolejnych marzeń. Taka jest natura zdobywcy. Czy zatem tych, którzy zatrzymują się na symbolicznym Evereście zbyt długo, żeby z niego bezpiecznie zejść, zawsze czeka śmierć? Czy utknęłam w symbolicznym Bullerbyn?

Stojąc przed trzema zagrodami, w których bawiły się dzieci z Bullerbyn, stałam na takim właśnie symbolicznym szczycie moich marzeń. Było wcześnie rano, ale mimo to dziwiło mnie, że to magiczne miejsce nie przyciąga większej liczby turystów. Chociaż z drugiej strony dojazd tutaj jest skomplikowany i długi. I wówczas podziwiając panoramę zobaczyłam sznurek malutkich ludzików w oddali. Zaintrygowana, zjechałam w dół drogi. I tak to dojechałam do szyldu z napisem Bullerbyn. A potem do drewnianej strzałki z napisem Bullerbyn. A potem okazało się, że „prawdziwe” Bullerbyn z trzema zagrodami leżało u podnóża wzgórza, na którym stałam kontemplując „nieprawdziwe” Bullerbyn.

Prawdziwe Bullerbyn Sevedstorp Szwecja trzy Zagrody

Jak to jest więc z marzeniami? Jaki jest sens ich realizowania? Przecież mogłam wrócić do domu z przeświadczeniem, że spełniłam marzenia. Że byłam tam, gdzie chciałam dotrzeć. Chociaż wcale tam nie dotarłam. Byłam zachwycona tym co zobaczyłam, chociaż finalnie podziwiałam „niewłaściwe” widoki. Czy naprawdę musimy odhaczać w życiu szczyty? Czy ważne jest, że postawimy nogę w jakimś konkretnym miejscu? Czy raczej ważniejsza jest droga, która prowadzi do celu, która czasem skręca, zmienia kierunek i sprawia, że docieramy w inne miejsce. Ważniejsze jest, że podejmujemy tę frapującą wędrówkę, i że idziemy nią w zgodzie z sobą. Bo chcemy. Bo sprawia nam to radość.

Myślę, że czasem bardzo przywiązujemy się do marzeń. Idealizujemy je. Przemy na siłę w miejsce, w którym czeka nas kilka minut radości, okupionych poprzedzającą je straszną walką. Albo umieramy za marzenia. Albo nie chcemy opuścić miejsc z marzeń. A marzeń nie da się zapisać i powtarzać w nieskończoność jak piosenki na Spotify. Zresztą kto słucha jednej melodii całe życie?

Bullerbyn Sevedstorp Szwecja ciastko

Pewnie ciekawi Was jak było w „prawdziwym” Bullerbyn? Nieco inaczej niż to sobie wyobraziłam. Ale bardzo malowniczo i przytulnie. Zjadłam w Café Sörgården småländzki sernik z konfiturą i słodką śmietaną. Popiłam småländzkim tłustym mlekiem. Podrapałam korę jesionu, na który wspinały się dzieci. Weszłam do stodoły, żeby poczuć zapach siana. Usiadłam na trawie po turecku i zapisałam w pamięci to miejsce wszystkimi zmysłami. Bo to jednak niesamowite uczucie, gdy zupełnie przez przypadek spełnia ci się marzenie z dzieciństwa. Ale potem odwróciłam się, wsiadłam na rower. Czekała mnie droga powrotna do domu. Czekała mnie też droga, którą wciąż idę. Są na niej cele, ale zamiast odhaczać kolejne szczyty, wolę iść przez życie robiąc to, co kocham najbardziej. Wtedy kiedy mam na to największą ochotę. O tej wolności wyboru też opowiada Robert Gryn, podróżując czasem bez planu, dając się życiu zaskoczyć, ale na jego zasadach. I myślę, że to właśnie wtedy najbardziej smakują chwile spędzone na szczytach marzeń.

Cała podróż: Część nr 5, Część nr 4, Część nr 3, Część nr 2, Część nr 1