Kategorie
Kino nordyckie

Sztokholm – film wyjaśniający syndrom sztokholmski

Szukając wyjaśnienia pojęcia syndrom sztokholmski można sięgnąć po film Roberta Budreau z 2018 roku. Kanadyjczyk zrobił sprawne kino pokazując, jak niegdyś Sydney Lumet w „Dwunastu gniewnych ludziach” czy niedawno Gustav Möller w „Winnych”, że najwięcej dzieje się w czterech ścianach. Mały film, którego fabuła odtwarza wydarzenia z sierpnia 1973 dość dobrze pokazuje tło wydarzeń sztokholmskich, które przeszły do historii z co najmniej kilku powodów. Po raz pierwszy w spokojnej Szwecji doszło do napadu na bank, podczas którego wzięto zakładników. Po raz pierwszy rozwój wypadków transmitowały szwedzkie media. No i to właśnie wówczas zdarzyło się coś czego nie byli w stanie zrozumieć psychiatrzy a co potem nazwano syndromem sztokholmskim.

„Sztokholm” (2018) jest luźną filmową adaptacją artykułu Daniela Langa „The Bank Drama”, który ukazał się na łamach „The New Yorker” 25 listopada 1974. Długi, opisujący w szczegółach sześciodniowe wydarzenia artykuł odtwarza je tak drobiazgowo, że to właśnie tam trzeba sięgnąć, żeby poznać fakty. W filmie zrezygnowano z prawdziwych nazwisk rabusiów, ofiar, a nawet funkcjonariuszy policji czy dziennikarza, który wówczas komentował na bieżąco sytuację w mediach. Zabawną aluzję dla tej decyzji może wyjaśnić komentarz, który pada w filmie z ust funkcjonariusza policji. Służby przez jakiś czas podejrzewały, że napadu dokonał inny przestępca. W jednej ze scen szef policji mówi, że skontaktował się z nimi ukrywający się na Hawajach pan, który grozi pozwem o zniesławienie za oskarżanie go o napad na Kreditbanken, ponieważ on nigdy nie wziąłby zakładników. Dokonano też w niektórych miejscach koniecznych skrótów i uproszczeń. I chociaż to co oglądamy w „Sztokholmie” nie jest fabułą trzymającą się w stu procentach faktów, to jednak daje dobry wgląd w ówczesne wydarzenia. Co więcej Robert Budreau, który jest również autorem scenariusza, dokonał tak imponującej adaptacji artykułu Langa, że zdobył za nią Canadian Screen Award.

Skandynawskie akcenty w „Sztokholmie”

Dobrał też w punkt ekipę aktorską, która przeniosła na ekran nie tylko koktajl skomplikowanych emocji, ale też specyficzny charakter szwedzkiego społeczeństwa. Rolę jednej z zakładniczek gra Noomi Rapace (ur. 1979), znana jako Lisbeth Salander w szwedzkiej adaptacji „MillenniumStiega Larssona. Rapace nie tylko ponownie genialnie weszła w rolę niejednoznacznej ofiary, ale też pokazała literalnie zupełnie inną twarz. Wizualna transformacja, jaką tutaj przechodzi ponownie robi wrażenie.

Nie wiem, czy słuszne jest mówienie o genach aktorskich, ale z pewnością coś jest na rzeczy w przypadku Noomi Rapace. Rapace urodziła się w Szwecji. W wieku pięciu lat przeniosła się z mamą i ojczymem na Islandię. Ojciec Rapace to Rogelio de Badajoz Duran, urodzony w Hiszpanii reżyser, aktor, zaliczany do jednego z najwybitniejszych nordyckich śpiewaków flamenco. Przy czym Rapace poznała go dopiero w wieku około 15 lat i miała z nim sporadyczny kontakt. Mama to Kristina „Nina” Elisabet Norén, szwedzka aktorka, reżyser i założycielka dwóch teatrów: Teater Dagaz w Lund oraz Teater Interakt w Malmö.

W obsadzie nie brakuje i innych skandynawskich akcentów. Szefa policji gra Christopher Heyerdahl, który ma korzenie norweskie i nietuzinkowe konotacje rodzinne. Jego ojciec jest kuzynem słynnego Thora Heyerdahla uczestnika wyprawy na tratwie „Kon-Tiki”. Heyerdahl zaliczany jest do czołówki kanadyjskich aktorów. Rodzice zadbali jednak żeby poznał ojczysty język, więc mówi po norwesku i studiował nawet na Uniwersytecie w Oslo. Może to jego talent, a może pierwiastek nordycki sprawił, że tak genialnie oddał spokój, opanowanie i dystans, z jakim jego postać bierze na klatę fakt, że w spokojnej Szwecji doszło właśnie do napadu na bank z zakładnikami.

Ethan Hawke w świetnej formie

Rabusia, który dokonuje napadu gra Ethan Hawke. Stworzył coś magnetyzującego w trylogii Linklatera, szczypta tego przeniknęła do postaci, którą gra u boku Grety Gerwig w „Planie Maggie” i jest widoczna w „Sztokholmie”. To moim zdaniem idealny aktor do grania postaci rozdartych wewnętrznie, przeżywających kryzys. A taką postacią wydaje się być 32 – letni wówczas Jan-Erik „Janne” Olsson (ur. 1941), który w czwartek, 23 sierpnia 1973 wkracza z bronią do Kreditbanken przy Norrmalmstorg w Sztokholmie.

Rabuś sądził, że trwająca właśnie kampania wyborcza będzie świetnym atutem w pertraktacjach z władzami. Nie spodziewał się jednak twardego oporu ze strony służb mundurowych i ówczesnego premiera Olafa Palmego. W filmie sugeruje się, że jest Amerykaninem szwedzkiego pochodzenia. W rzeczywistości był rdzennym Szwedem a akcent amerykański złapał podczas podróży, gdy pracował na statku pływającym do Stanów.

Pierwszy szwedzki gangster celebryta

Zakładnicy są przetrzymywani przez niego i wówczas 26 – letniego Clarka Olofssona (ur. 1947). Rabusie poznali się podczas wspólnej odsiadki. Jednym z żądań Janne Olssona było sprowadzenie go do banku. Olofsson przeszedł do historii Szwecji jako jej pierwszy „popganster”. Więcej niż połowę życia spędził w więzieniu, a mimo to był uwielbiany przez media, ale też przez kobiety. Zresztą właśnie to, że był przystojny i młody zagrało na jego korzyść podczas napadu na Kreditbankem. W każdym razie tak psychiatrzy próbują wytłumaczyć sobie psychologiczną grę, do której wówczas doszło. Sugerowali, że napięcie pomiędzy porywaczami a ich ofiarami wynika poniekąd z młodego wieku ich wszystkich i urody porywaczy. Wśród ofiar były: Birgitta Lundblad (31 lat), Elisabeth Oldgren (21 lat) i Kristin Enmark (23 lata).

Przez sześć dni policja pertraktowała z porywaczami, którzy zamknęli się w banku. W sprawę zaangażował się sam premier Olof Palme, którego rozmowa telefoniczna z Kristin Enmark była transmitowana przez radio. Kobieta naciskała cały czas na premiera, żeby pozwolił zakładnikom na opuszczenie banku razem z porywaczami. Niestety Palme uważał to za zły manewr i odmawiał zgody na taki scenariusz wydarzeń.

Syndrom sztokholmski

Po całym zajściu zakładnikami zajęli się psychiatrzy próbując pomóc im otrząsnąć się z traumy. Wszystkich zaskoczył fakt ogromnej sympatii, z jaką brali w obronę swoich oprawców. Zarówno w trakcie samego porwania, gdy to całkowicie sympatyzowali z nimi, podkreślając wręcz, że mają do nich większe zaufanie niż do policji. Nils Bejerot, w tym czasie najsłynniejszy szwedzki psychiatra, ukuł wówczas pojęcie „syndrom sztokholmski”, które przyjęło się do dzisiaj na określenie dziwnego stanu emocjonalnego, gdy w sytuacji skrajnego stresu ofiara zaczyna darzyć sympatią swojego oprawcę.

Jakkolwiek zdradzanie czegokolwiek nie będzie spoilerowaniem w przypadku filmu opartego na faktach, to jednak zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy znają tę historię. Nie zdradzę więc nic więcej. Film otarł się o kilka kanadyjskich nagród. Nie jest wybitną filmografią, ale trzyma w napięciu. Aktorzy dali tu z siebie porządne maksimum. Fajnie w tle gra Sztokholm z atrybutami z lat siedemdziesiątych. Naprawdę postarano się zrobić porządny film i to z dobrym rezultatem.

PS „Sztokholm” obejrzałam na VOD.pl, gdzie będzie dostępny do 21 marca 2022.