Kategorie
Non-nordic

Dziennik zdrady – Emilios Solomou

Z kilku powodów mam …

Z kilku powodów mam problem ze skrytykowaniem „Dziennika zdrady„. Po pierwsze popieram niszowe wydawnictwa, a wrocławskie Książkowe Klimaty mieszczą się w tej kategorii. Bardzo ufam gustowi organizatorów Festiwalu Conrada, a pisarze Książkowych Klimatów gościli w zeszłorocznej edycji, w specjalnie im dedykowanym paśmie. Doceniam bardzo pomysł na wydawnictwo wyspecjalizowane, które oscyluje w literaturę południa, co ułatwia w poruszaniu się po chaotycznej ofercie rynku książki. Wreszcie nie potrafię przejść obok książki, która została potraktowana z takim namaszczeniem: wysmakowana okładka, kremowy papier. Innymi słowy detale, które pokazują, że pracowali przy niej ludzie kochający książki.


Podejrzewam, że wydawnictwo kupiło prawa do powieści Cypryjczyka Emiliosa Solomou w ciemno z kilku powodów, bo autor odznaczony; za powieść „Ostrze w twoich dłoniach” (2007) otrzymał Cypryjską Nagrodę Literacką, a za „Dziennik zdrady” Europejską Nagrodę Literacką. Jego krótsze teksty były tłumaczone na angielski, a to bardzo hermetyczny i nieprzyjazny dla przekładów rynek. Skoro, więc tam go chcieli to właściwie w ciemno można ryzykować gdzie indziej. Zwłaszcza, że laureaci Europejskiej Nagrody Literackiej otrzymują wsparcie finansowe Unii ułatwiające publikowanie w innych krajach. Wszystko po to, żeby upowszechnić małe literatury skazywane nieco na pozostawanie w cieniu olbrzymów na rynku książki.

Dziennik Zdrady” jednak jest słabą książką i zachodzę w głowę, jak to się mogło stać, że dostał nagrodę literacką. Entourage literacki Cypryjczyka mieści się w klimatach znanych raczej z powieści Coelho. Poziom odnarracyjnych komentarzy jest zatrważający, a otwiera go stwierdzenie, że „kobiety lubią uwodzić, mężczyźni lubią być uwodzeni”, „niezgłębiona jest dusza kobieca”. Potem jest tylko gorzej. Ckliwie, nieprawdopodobnie, amplituda emocji skacze jak w niekontrolowanym ataku sepsy. Wszyscy tutaj chorują, a już najbardziej chora jest wyobraźnia człowieka, który skazuje nas czytelników na to literackie piekło.

Upiorna treść tej schematycznej do bólu historii to romans profesora archeologii z piętnaście lat młodszą studentką. Podstarzałego pana, który postanowił urozmaicić swoje rutynowe życie małżeńskie, spotykamy dwadzieścia lat później, gdy znowu przypływa na wyspę, gdzie oddał się grzesznej rozkoszy z powabną Antygoną i odkrył szczątki ludzkie, które miały utrwalić go na kartach nauki. Czasem mówi się o pisarzach, że przekraczają granice, no i w tym miejscu Solomou je torpeduje swoją literacką nieporadnością. Szczególnie przekracza granice ludzkiej cierpliwości walczącej z tym potworem. Romans profesora Dukarelisa i Antygony eksploduje nieprawdopodobnie szybko, z papierową intensywnością, od wymiany „zagadkowych” (s. 67) i „enigmatycznych” (s. 69) spojrzeń, do chwilę potem namiętnej sceny, w której „dotknęli się, jego palce musnęły jej gładką skórę, zadrżał, ciało się naprężyło, stwardniało, wargi złączyły się najpierw nieśmiało, a potem namiętnie, dziko” (s. 73). Mistrz harlekinowej frazy, jaki objawił się na kartach tej opowieści pokazuje jednak szerszą paletę umiejętności, bo już chwilę potem bohaterowie „zwarli się jak dzikie bestie, przy skale. Dukarelis smakował jej usta, pot u nasady szyi, pod uchem, i całe jej ciało” (s. 77). Żeby czytelnik nie miał żadnych wątpliwości, że do zdrady musiało dojść, autor opisuje seks małżeński profesora z żoną: „Spełnił małżeński obowiązek, zlali się potem, w sumie nie było tak źle”.

Jedynym i niepowtarzalnym plusem „Dziennika zdrady” jest  atmosfera wyspiarska, „bezkresny błękit, spienione fale, skały”, „egejski wiatr przynoszący zapach morza zmieszany z zapachem ziół”, klimat cykladzkich wysp nie dających wytchnienia od upału, podobnie jak cykady, hałasujące bez opamiętania, zapachy pysznego jedzenia, serów kozich, „mięsa dzikich kóz z pobliskiego Keros, mięciutkie i dobrze wypieczone w brytfannie”, win tłoczonych niemal w każdym domu. Być może tak duszna atmosfera zakrapiana alkoholem nie sprzyja pisaniu, które przypomina sztubackie wprawki prawiczka po raz pierwszy sięgającego po pióro. Jeśli miałabym coś doradzić szacownemu pisarzowi to pisanie felietonów kulinarnych, bo naprawdę rozbudza apetyt. Nie rzucam słów na wiatr, bo mówię to zajadając się pierwszą, samodzielnie wykonaną moussaką, więc jednak można powiedzieć, że to inspirujący pisarz.

Dziennik zdrady Emiliosa Solomou czyta się źle. Jeśli w kontekście tej opowieści można sięgnąć po tak wyprane z emocji słowo, jak „źle”. Złe tutaj jest wszystko od samej historii, z której dobry pisarz wycisnąłby gorycz i słodycz. Nie Solomou, który postanowił jednak dać głównie upust swojej wiedzy, a dodać trzeba, że skończył historię i archeologię, archeologiem uczynił rozpustnika Dukarelisa, którego „naukowy autorytet przesądzał w sprawach tajemnic prahistorii”, więc jeśli ktoś się interesuje wykopaliskami to otrzyma tu wykłady z ich organizacji, prowadzenia kolejnych etapów, włącznie ze szczegółowym wyjaśnieniem, do czego służą i w jakim celu są używane poszczególne narzędzia. W celu zwiększenia partii popisowych Emilios Solomou wymyśla nieogarniętego studenta Andreasa, którego naiwne pytania zachęcają powieściowego profesora do długich wywodów, które daleko wykraczają poza szczegół. To straszne, do czego nadmiar wiedzy może nieopatrznie doprowadzić pisarza ogarniętego szałem pisania.

Mogłabym dodać, że kolejnym atutem tej powieści są wtręty historyczne, a umówmy się z historii zwłaszcza Grecji i Cyklad można czerpać garściami, więc właśnie tak, poznawczo można by podejść do „Dziennika zdrady”. Ale i tu Emilios Solomou zabija przyjemność czytania, uciekając w drętwą ręką prowadzone wywody i wykłady albo fatalnie wkomponowane rozważania profesora Dukarelisa, który a to spaceruje po wyspie, zatrzymuje się przed pomnikiem, żeby oznajmić, kiedy walczono tutaj z Turkami, a to opisuje z patosem swoje porażki w walce o finansowanie wykopalisk, a to rozprawia o gustujących w piwie Sumerach, Babilończykach i Egipcjanach. Wszystko grubo ciosane, na siłę wpakowane, podane z patosem i egzaltacją na przemian choleryka i malkontenta. Miejscami z autora wychodzi nauczyciel, którym jest obecnie, więc dydaktyzm wpisany w niektóre ustępy miałby i swoje usprawiedliwienie, ale na litość boską nie w książce nagrodzonej nagrodą literacką.

Bohater „Dziennika zdrady” mówi, że w pewnym momencie „czuł się uwięziony w opowieści grozy, jakie pisał Edgar Allan Poe”. No więc ja też czuję grozę, przerażenie i strach na myśl, jakiego rozpędu może nabrać pisarstwo Emiliosa Solomou po tym, jak został uhonorowany Europejską Nagrodą Literacką.

PS Wypatrzyłam błąd: str. 142 Jakieś dziwne pomysły przychodzą mu głowy.

Recenzja Dziennik zdrady, Emilios Solomou, Książkowe Klimaty, Wrocław 2015. Przełożyła: Ewa T. Szyler. Redakcja: Magdalena Konikowska-Putresza. Korekta: Magdalena Rudnik, Krzysztof Cieślik. Projekt okładki: Magdalena Kocińska, O!Studio.Stron: 319.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty.

Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage