Kategorie
Non-nordic

Mario Vargas Llosa – Ciotka Julia i skryba

Powieść ma dwie części, jedną jest wydawać by się mogło klasyczny romans, coś do poduszki dla niewymagającego czytelnika, chłonącego z wypiekami na twarzy gorące szczegóły prawdziwej historii, jaka rozegrała się między młodziutkim Llosą a jego ciotką, w tle mamy zwyczajne doniesienia z pracy, wszystko w ciekawym dla historii radia peruwiańskiego momencie szczytu popularności radiowych słuchowisk, przypominających fabułą późniejsze latynoamerykańskie telenowele. Bohaterem tych słuchowisk jest jednak ich twórca, boliwijski pisarz, który zaopatrzony w księgę cytatów, rozwija wielowątkowe perypetie miłosne, stając się bożyszczem tłumów rozentuzjazmowanych słuchaczy. Jedynym wartościowym elementem tych słuchowisk są wplatane cytaty znanych osób, reszta to tkliwe, melodramatyczne opowieści. Druga część to opowiadania, każde z innym bohaterem, które po każdym rozdziale historii o ciotce Julii, stają się dziwacznym przerywnikiem. A rzecz gmatwa się, gdy boliwijski skryba zaczyna się gubić w swoich wątkach, wymyślanych postaciach, które po tragicznej śmierci odżywają w innych słuchowiskach. Na domiar złego postaci pojawiające się w rozdziałach przerywnikach wydają się również żyć własnym życiem, pojawiają się i znikają w kolejnych opowiadaniach i tak nie wiadomo już, czy to skryba Boliwijczyk traci zmysły, czy sam Llosa.

W posłowiu czytam jednak, że to przemyślana konstrukcja, wielokrotnie poprawiany tekst, który trafił do mnie po żmudnej obróbce samego autora. Doceniam włożony wysiłek twórczy, żeby dostarczyć taki a nie inny utwór.  

Jako niesmaczne odbieram jednak przywoływanie na kartach tej książki szczegółów z pożycia z ciotką, która była jego pierwszą żoną. Llosa po raz kolejny pokazuje bohatera mężczyznę, szczerego, podążającego za porywem serca, skłonnego poświęcić swój czas i „jakie” pieniądze, bo te stanowią powracający motyw, żeby uszczęśliwić kobietę nie do końca robiącą wrażenie szczerej i równie oddanej. Odwoływanie się do przeżytych historii może być cenne w poradniku psychologicznym, byłoby ciekawe, jako punkt wyjścia do opowieści a nie jako źródło jej pikantnych szczegółów. Odnoszę wrażenie, że tacy twórcy jak Llosa, czy Strindberg to emocjonalni nieszczęśliwcy, którzy z literatury robią narzędzie do własnej autoterapii. Ich siła polega na tym, że z czasem nikt nie słyszy, nie chce słyszeć i nie ma możliwości usłyszeć głosu drugiej strony. Choć w tym akurat przypadku słynna ciotka Julia wydała również swoją wersję wypadków. Jaką jednak może mieć siłę przebicia w stosunku do uznanego już pisarza, za którym stoi rodzina, koligacje, pieniądze, duże wydawnictwa? Żadne. Może się tylko pogodzić z faktem, że wielki pisarz okazał się malutkim człowieczkiem, któremu zabrakło fantazji, żeby wymyślić coś oryginalnego, więc posłużył się własnym i cudzym życiem, żeby móc robić literaturę. Bo on jednak jak dla mnie robi literaturę, konsekwentnie, z ogromnym wysiłkiem, z zadziwiającą determinacją.

I ta powieść dla mnie jest cenna wyłącznie od tej strony warsztatowej. Zobaczyć całą pracę wkładaną przez pisarza w jego warsztat. Przeczytać o latach twórczych zmagań, budowania tego warsztatu poprzez ciągłe lektury, analizowanie cudzego procesu twórczego, próbowanie się w kolejnych formach. To jest cenne, bo często jednak pisarze ukrywają przed światem trudy pisania. Chętniej piszą o regularnej pracy, godzinach poświęconych pisaniu, lecz rzadko dowiadujemy się ile przeróbek, ile wkładu twórcy i jego redaktorów kosztuje stworzenie powieści.

Mario Vargas Llosa, Ciotka Julia i skryba., Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1997. Przełożyła Danuta Rycerz.